Kino domowe: Hobbit i Smaug na mniejszym ekranie

W oczekiwaniu na zamykającego Jacksonowską trylogię „Hobbita: The Battle of the Five Armies” można przypomnieć sobie „Pustkowie Smauga” – fakt, krasnolud zakochuje się w elfce, ale jest smok!



Pierwszą część „Hobbita” w reżyserii Petera Jacksona doceniłem po pewnym czasie, dzięki wydaniu Blu-ray, które trafiło do mnie kilka miesięcy po premierze. Do pochwał za stronę wizualną, która na wielkim ekranie olśniewała, a i na nieco mniejszym robiła świetne wrażenie, doszło przede wszystkim docenienie Martina Freemana, czyli tytułowego niziołka, Bilba Bagginsa. Podczas pierwszego seansu aktor ten absolutnie mi nie podszedł, tymczasem po kolejnym obejrzeniu „Niezwykłej podróży” nie tylko zmieniłem zdanie, ale wręcz uważam, że niesłusznie pominięto go przy okazji nominacji do Oscarów. Cóż, może Akademia również przed podjęciem decyzji widziała ten film tylko raz.



Mając to w pamięci, tym bardziej cieszyłem się na wydanie na BR „Pustkowia Smauga”, które widziałem jako okazję do lepszego przyjrzenia się filmowi Jacksona. W tym wypadku obyło się jednak bez rewolucji.



Film nie potrzebuje aż tyle czasu, co „Niezwykła podróż”, by się rozkręcić, w zasadzie od razu rzucamy się w wir wydarzeń, dziwi jednak, że mimo rozbicia fabuły na aż trzy obrazy wciąż widoczny jest pośpiech i skracanie wątków. Beorn pojawia się na chwilę, do Mrocznej Puszczy wpadamy na ledwie kilka minut, przy czym z całej grozy wyprawy przez skąpany w ciemności, groźny las nie zostaje nic. Fakt, świetnie rozwinięto postać króla Thranduila, zadziwiająco dobrze – lepiej niż we „Władcy Pierścieni” – w roli Legolasa prezentuje się Orlando Bloom, stanowczo zbyt wiele miejsca poświęcono jednak na wymuszony wątek romantyczny z udziałem krasnoluda Kiliego i elfki Tauriel. W ogólnym rozrachunku „Pustkowie Smauga” to zadziwiająco równoważący się zestaw błędów i świetnych decyzji: z jednej strony mamy na przykład kiepskiego Stephena Frya w roli głupkowatego polityka, przekombinowany spływ w beczkach i niespecjalnie ciekawy wątek Miasta nad Jeziorem, z drugiej natomiast spełniającego wszelkie oczekiwania smoka Smauga, świetną sekwencję z Gandalfem w Dol Guldur i bardzo mocną scenę konfrontacji ze skrywającym się tam wrogiem – to właśnie w tych momentach „Hobbitowi” najbliżej do poziomu „Władcy…”.



W przypadku edycji przeznaczonej do kin domowych ocenę „Pustkowia Smauga” podnoszą jednak dodatki. Wprawdzie na wersję z całą toną materiałów tradycyjnie przyjdzie poczekać nam do ostatniego kwartału roku, tym razem jednak już w pierwszej edycji BR znalazło się wiele ciekawych treści (w przeciwieństwie do „Niezwykłej podróży”, gdzie zamieszczono po prostu blogi produkcyjne) – zebrano nie tylko to, co było dostępne w sieci, ale udostępniono także dodatkowe materiały.

W sumie „Hobbit: Pustkowie Smauga” na Blu-rayu to dobre kilkaset minut zza kulis Śródziemia, które umilą oczekiwanie na finałową odsłonę serii.

Autor artykułu jest redaktorem serwisu Hatak.pl.
Trwa ładowanie komentarzy...