O autorze
Z wykształcenia biotechnolog, z zawodu redaktor w miesięczniku „Nowa Fantastyka” oraz w serwisie Hatak.pl. Regularnie publikuje na łamach "Polityki", często w "Dzienniku Gazecie Prawnej", zdarza się też na Newsweek.pl, Stopklatce, LubimyCzytac.pl i Filmach Fantastycznych. Ogląda mnóstwo filmów, czyta góry komiksów i książek, jego uwadze nie umykają również seriale.

„Hobbit: Bitwa pięciu armii” – recenzja przedpremierowa

Ostatni rozdział filmowej podroży do Tolkienowskiego Śródziemia to film strasznie nierówny – świetne sceny mieszają się z orgią efektów specjalnych i ujęć tak nieprawdopodobnie przegiętych, że aż żenujących. Peter Jackson wyraźnie zachłysnął się technologią i stracił wyczucie.

Wiele osób narzekających na ekranizację powieści „Hobbit, czyli tam i z powrotem” J.R.R. Tolkiena w wykonaniu Petera Jacksona albo książki w ogóle nie czytało, albo czytało ją bardzo dawno temu, zapewne w latach młodości, i idealizuje dzieło pisarza. Tymczasem historia ta, jeżeli chcieć ją przełożyć na język filmu 1:1, wydałaby się współczesnym widzom niesamowicie naiwna, wyidealizowana i bardzo, bardzo dziecinna. Bo de facto jest to opowieść o wesołej wycieczce grupki trudno rozróżnialnych od siebie krasnoludów (tak nierozróżnialnych, że często nawet mówią chórem, bo jako takim indywiduum jest wśród nich tylko Thorin), pod przewodnictwem czarodzieja Gandlafa, który pojawia się i znika bez żadnej przyczyny. Spróbujcie nakręcić na podstawie tej opowiastki film fantasy.

Zadania tego podjął się Peter Jackson, bogaty w doświadczenia pracy nad trylogią „Władca Pierścieni”, która była zarówno komercyjnym, jak i artystycznym sukcesem. (Choć początkowo nie chciał – bo wiedział, że „Hobbit” to materiał piekielnie trudny, zupełnie inny w tonie niż najsłynniejsze dzieło J.R.R. Tolkiena.) Efekt? Wyszło lepiej, niż można się był spodziewać – Jackson oddał ducha dzieła Brytyjczyka, uzupełniając przy tym luki, rozszerzając wątki, o których w samym „Hobbicie” Tolkien tylko wspominał, a rozwijał gdzie indziej, przede wszystkim zaś tchnął życie w bohaterów, zwłaszcza Bilba, ale też krasnoludów. Sukcesu „Władcy…” jednak nie powtórzył (komercyjnie – tak, ale same oceny filmów są znacznie gorsze, niż pierwszej trylogii). Dlaczego?

Po części dlatego, że widzowie spodziewali się powtórki z „Władcy Pierścieni”, zresztą sami filmowcy i studio to sugerowali. Tymczasem materiał jest zupełnie inny w tonie. Również przez to, że choć gmerając w dziele Tolkiena niekiedy błyskał geniuszem (postać króla Thranduila), często wprowadzał wątki tak kuriozalne, jak romans elfki Turiel i krasnoluda Killiego. Głównym powodem była chyba jednak zmiana, jaka zaszła w samym reżyserze – niegdyś wielki miłośnik praktycznych efektów specjalnych, który kazał budować ogromne modele wież Isengardu i Barad-dur, by lepiej wyglądały w obiektywie kamery, obecnie idzie na łatwiznę i wszystko każe tworzyć specom od CGI, czyli efektów komputerowych. To zniosło wszelkie ograniczenia, bo w środowisku komputerowym można wykreować dosłownie wszystko, a Jackson stracił wszelkie zahamowania zaczął kręcić sceny rodem z gier komputerowych, z nieprawdopodobnymi sekwencjami walk (bieg przez jaskinie goblinów, starcie na rzece).

Najwyraźniej, niestety, widać to w „Bitwie pięciu armii”, czyli finale trylogii „Hobbit”. Można to objaśnić przez porównanie: we „Władcy Pierścieni” elf Legolas raz zjeżdża na tarczy ze schodów, raz w ekwilibrystyczny sposób wskakuje na konia i raz w nieprawdopodobny sposób powala mumakila. Trzy „wyczyny” na trzy filmy. W „Hobbicie” robi to w niemal każdej scenie, w „Bitwie…” osiągając poziom tak absurdalny, że oglądając go w akcji można tylko parskać śmiechem. Zabija to cały dramatyzm walk, bo okazuje się, że Jackson zrobił z elfów mega-ninja-mago-karate-zabójców, którzy potrafią absolutnie wszystko. Zamiast Śródziemia mamy więc filmowy spin-off growej serii „Assassi’s Creed”.

Jackson wyraźnie się tym upaja, niczym wielki dzieciak, który ma mnóstwo zabawek i nie potrafi między nimi wybierać, sięga więc po wszystkie. Brak w tym umiaru i wyczucia, a sekwencje pojedynków są tak przeciągane, że zamiast zachwycać, męczą (koronnym przykładem pojedynek Thorina z Azogiem). Niestety, tytułowa Bitwa pięciu armii nie ma w sobie zbyt wiele z fenomenalnego klimatu walk o Minas Tirith. A przecież zajmuje ona znaczną część filmu.

Czy „Bitwie…” brak jednak zalet? Nie. Wyróżnia się zwłaszcza postać Daina Żelaznej Stopy, która sprawia, że ma się ochotę obejrzeć osobny film z samymi krasnoludami, podobnie król Thranduil. Nie można również odmówić filmowi efektowności, a zwłaszcza początek jest niesamowitym smaczkiem dla miłośników Śródziemia – chodzi o starcie Białej Rady z Sauronem. Zwłaszcza ta ostatnia scena to doskonały przykład na to, że Jackson potrafi umiejętnie wzbogacić książkowy oryginał o dodatkowe wątki. Po sensie w pamięci głębiej tkwią jednak kurioza, jak choćby Bard strzelający z łuku-syna do smoka, a także zaskakująco duża ilość czasu ekranowego poświęcona postaci Alfrida, czyli zastępcy władcy Miasta nad Jeziorem. Po co? Nie wiadomo. Bo tak.

„Hobbit: Bitwa pięciu armii” zawodzi więc, ale będąc uczciwym trzeba przyznać, że w dużej mierze przez to, że oczekiwania względem tego obrazu były niebotyczne. Peter Jackson im nie dorównał, w tej odsłonie trylogii nie był nawet blisko, uczucie niedosytu więc dominuje. Niemniej dostajemy film wybitnie rozrywkowy, który może bawić i wielu widzom z pewnością dostarczy sporo uciechy.

Osobiście czekam na wersję rozszerzoną, licząc na to, że podobnie jak w przypadku „Pustkowia Smauga”, te dodatkowe 30 minut znacznie podniesie jakość całego widowiska.

Autor artykułu jest redaktorem serwisu naEKRANIE.pl.
Trwa ładowanie komentarzy...