PILNE Co za mecz! Polscy siatkarze wygrali z Brazylią 3:2

Jeździec znikąd - premierowa recenzja z seansu 4D

Zamiast kręcić kolejną część pirackiej sagi, Johnny Depp przeniósł się na Dziki Zachód. Efekt jest taki sobie, sporo w tym wtórności, a wymiana Orlando Blooma na Armiego Hammera nie wypadła tak dobrze, jak można było sobie życzyć.




Konwencja została utrzymana: Depp gra dziwacznie ubranego, lekko szurniętego, nie do końca pozytywnego, ale też nie złego bohatera, partneruje mu ciamajdowaty heros o złotym sercu (tutaj grany przez Armiego Hammera), i wspólnie walczą z bandziorami, przede wszystkim zaś z wielką swobodą łamią wszelkie prawa fizyki. Czyli powtórka z rozrywki w porównaniu do poprzedniej produkcji duetu Depp-Verbinski: serii „Piraci z Karaibów”, a przecież powinno być raczej świeże podejście do kultowej w Stanach postaci.

Trochę więc szkoda potencjału historii, bo ta w „Jeźdźcu…” zeszła na drugi plan. Najważniejsze są szalone ekscesy, porównywalne tylko z tym, co wyczyniają bohaterowie kreskówek. Fabuła jest prosta, bardzo często wieje nudą, stopień zaangażowania widza jest natomiast zerowy. Intryga „tego złego” tak oklepana, że bardziej być nie może, a postacie to karykatury bohaterów, których należałoby się spodziewać w westernie. Prawdę powiedziawszy, film sprawia wrażenie, jakby cały potencjał twórczy został wyczerpany pomysłem: niech Johnny Depp zagra Indianina, ale trochę w stylu Jacka Sparrowa. No więc zagrał, był całkiem zabawny (niezmiennie kamienna twarz, niezależnie od okoliczności), ale prawda jest taka, że w „Jeźdźcu znikąd” najlepiej wypadł koń głównego bohatera. Sam tytułowy heros był zaś irytująco nieporadny, naiwny i momentami po prostu głupi jak but, aż szkoda było patrzeć na ewidentnie męczącego się z rolą Hammera.



Zaskoczyć mógł za to nieco mroczniejszy, niż zazwyczaj spodziewamy się w produkcjach Disneya, ton – sporo osób ginie, jest też nawet trochę patroszenia i kanibalizmu, scena szarży Indian wręcz nie pasuje do reszty filmu, łamie lekką, przygodowo-humorystyczną konwencję, jakby została wyrwana z innej produkcji.

Cała reszta jest jednak „na miejscu” – „Jeździec znikąd” to pełna niemożliwych pojedynków i superbohaterskich ekscesów opowieść o kowbojach i Indianach, gęsto przetkana absurdalnym humorem. Przyznaję, że jest lepiej, niż w „Piratach…” (nigdy nie byłem fanem serii), ale jednocześnie trudno mówić o świetnej zabawie.

Tej nie wspomogły nawet dodatkowe efekty na seansie 4D. Raz coś tam świsnęło koło ucha, dwa razy błysnęło, raz też pojawił się dym, ale było go mało i tylko przy pierwszym rzędzie, efekt był więc żenujący. Najlepiej wypadły trzęsące się fotele, zwłaszcza w scenach galopu, gdy widz „towarzyszy” bohaterom w ich wrażeniach z jazdy na koniu – w połączeniu z klasycznym dla westernów motywem muzycznym, scena pogoni po dachach wypadła najlepiej w całej produkcji. Choć mnie osobiście po około trzydziestu minutach efekt „trzęsiawki” zaczynał raczej męczyć, niż bawić.

I, co ciekawe, seans w sali 4D jest 2D.


Recenzja ukazała się także w serwisie filmyfantastyczne.pl.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
FilmRecenzjeKino
Skomentuj